Zastanawia mnie fakt, że tak wiele w nas pesymizmu. Umysł ludzki w drodze ewolucji najwyraźniej się omylił i miast taić niedoskonałości celem zapewnienia nam jako-takiej samooceny, kantuje w kierunku przeciwnym. A przez rozum to to.
Odkąd zdecydowaliśmy się opuścić drzewa, ciążącą na nas tego konsekwencję wykorzystujemy niejako dla usprawiedliwienia własnej decyzji. Homo rozumny bowiem - targany sprzecznymi emocjami - poszukiwał prawdy o istocie własnej, częstokroć marnej egzystencji. I tak ewoluowaliśmy od skrajnego optymizmu po niemniej skrajny pesymizm. Pomijając złocistość środków i stoickość twarzy - nie osiągnęliśmy kompromisu, a wspomniana egzystencja z jej początkiem i końcem sensu nabrać nie zdołała. Uświadomieni w zależności myślę-więc-jestem, niedawni dekadenci, w pewnym momencie historii przystanęliśmy, by pozbawić się złudzeń jako egzystencjaliści.
Gdy zawodziła jedna prawda, szukaliśmy kolejnej, prawdziwszej(!) i tym rozumowym sposobem wypracowaliśmy w sobie odruch wiecznego niedostatku, niespełnienia, trwania w nadziei, że świat ten da się ogarnąć myślą i szarą klepką. Więcej w tym chyba szkody, niż pożytku, roszczeniowe podejście do rozumu owocuje najwyraźniej jedynie wiecznym malkontenctwem. W każdym z nas tkwi dzisiaj mniejsze "a gdyby" lub większe "a jeśli nie". Czy nie to nas przestrasza, spowalnia, paraliżuje? Czy nie to zabija? I już nie można wypłakać się w przyjacielski rękaw, by nie zostać uciszonym przelicytowaniem "a ja mam gorzej!"
Brnąć więc nam przychodzi dalej, powrotu do nieświadomości bowiem natura nie przewiduje. Niech konkluzją będą tu słowa Andrzeja Poniedzielskiego: "I cóż nas czeka? Marzeń rzeka czy też kosmosu czarny zlew? Nie możemy już wrócić na drzewa. Nie mamy już tylu drzew".