Tuesday, August 07, 2007

Kraków

Jeszcze miesiąc temu dwoiłam się, żeby przekonać rodziców do wyjazdu. Troiłam, żeby przekonać siebie. A za stwierdzenie, że Kraków stracił swój dawny urok i nie ma w nic, ale to nic pociągającego omal nie wpędziło mnie w pogadankę o herezji...
Było tak, jak być powinno. I choć planowałyśmy:
to zwykle zostawały nam na nią noce, bo popołudnia kończyły się tak:
Zżyłyśmy się z naszą nową codziennością, stworzyłyśmy swoją małą konieczną rutynę. Próbowałyśmy zmieniać pory wstawania - przegrywałyśmy z własnymi organizmami, autobus nieprzerwanie próbował pozbawić nas zębów, poranek bez precla był stracony, chleb z Awiateksu był tym jedynym, drzemki przenigdy nie trwały 15 minut, a zapał do pracy słabł wraz ze zbliżaniem się do egzaminu. Tak nam się żyło w biegu.
Wieczory były nasze i Rynku, Kina Pod Baranami, Rząski i samolotów. I była w tym wszystkim ta urocza magia, którą Kraków kusi już nie turystycznie, a jeszcze nie jako dom.I tylko dziwi mnie, że trzy tygodnie trwają tak krótko.

Chyba zostawiłam coś w Krakowie (oprócz Fenistilu, mokrej ścierki i serków topionych). Macie czasami wrażenie, że jesteście gdzieś, gdzie nie powinno Was być, robicie coś zdecydowanie za długo lub po prostu - nie to, co trzeba? O, to, to, to. To właśnie to. Tak czuję się teraz w domu. I tęsknię, i marzę, i wiem, że przecież tak mogło być już zawsze. Być może w tym stadium minimalizm jest jeszcze uleczalny... Przy odrobinie wysiłku... :)

0 Comments:

Post a Comment

<< Home