Friday, June 22, 2007

sesjaaa! tyg. 1

Niby rozpocząć się miała 11 czerwca, a dopadła nas już 22 maja. Przynajmniej tak to odczuliśmy. Najsamprzód zaliczenie z Analizy tekstu - nazwa tyleż tajemnicza, co metafory, które przyszło nam interpretować przez cały semestr. Przedmiot tyleż przydatny, co zrozumiały.
23 maja. Fonetyka. Tu moje założenia nie zawiodły. Już na kilka kolokwiów wcześniej uznałam, że jestem afonetycznym przypadkiem, który w prawdzie zalicza wszystko za pierwszym podejściem, ale jest absolutnie niezdolny wskoczyć wyżej, niż poziom oceny dostatecznej.
24 maja. Gramatyka praktyczna. Walczyliśmy o ten termin jak wilki (lisy, szakale czy inne takie), bo grupa druga (a pisać mieliśmy hurtem, wszystkie trzy), przeciwko nam i grupie trzeciej, uparła się na datę 31. A biliśmy się w zbożnym celu, by tydzień z 31 wciąż nazywać "zarżnięciem", a nie "śmiercią z wycieńczenia". Dostaliśmy swoje. Na wieczór przed bałam się nie na żarty, czy nie powinnam mówić "za swoje". Tata, chcąc mnie pocieszyć, mówił "dziecko, co my zrobimy, jak ty to zdasz, ty nic nie umiesz, nie zdążysz, jest już tak późno!" (coś w rodzaju - nie mobilizuje cię pocieszenie, to posłuchaj tego!). Właściwie... złe to nie było. Wracając do samego zaliczenia. Pisaliśmy z rańca, już o 8:30. Justyna zaczęła wykazywać objawy zapalenia gardła, przejawiające się w ostrym pochrząkiwaniu, co brzmiało mniej więcej jak alfabet morsa i to w dość wulgarnej wersji. Przy każdym "yyykhmhym" dr K. wybudzała się z zaczytania i rozproszona szukała dowodów odpisywania. Oczywiście, żadnych nie było.
28 maja. Psychologia - zerówka. Trzy pytania, trzydzieści minut. Nie było czasu na ściągi. Ba, nie było czasu na myślenie. Długopis musiał myśleć sam. Na szczęście - spisał się :)
30 maja. Wstęp do językoznawstwa, cz. 2 - zerówka. Więcej było nerwów, niż pytań na kartce. I tylko dręczy nas myśl uparta: co to pan prof. K liczył sobie w słupku na tablicy, do kogo słał SMS-y i co to, na miłość Boską, za znaczki postawił na wybranych pracach?
31 maja. Najbardziej sajgoński z sajgońskich dni. Zaliczenie z Praktycznej Nauki Języka Angielskiego (v. mgr N.) i zaliczenie z Literatury brytyjskiej. W środę wieczorem - dnia poprzedniego - przechodziłam kolejno: stadium oszukiwania - zdążę, dam radę; stadium rozpaczy - nie zdążę! nie dam rady! stadium rodziców; stadium pogodzenia z losem - nie zdążę. nie dam rady; stadium racjonalizacji - co zdążę, z czym dam radę, to moje. Godzin snu trzy. Stan umysłu - nieobecny wesołek. Ale to chyba nie tylko moje cechy, bo jeśli dobrze pamiętam, mgr N. powtarzała wszystko dwa razy głosem mówiącym "jesteście upośledzeni".
Na literaturze wywiązał się dialog:
dr P: gdzie reszta?
ja: posilają się.
dr P: ok. poczekamy.
...
dr P: no gdzie oni są?
ja: odraczają wyrok.
dr P: w poprzedniej grupie wyszły cztery osoby, kiedy zobaczyły pytania.
ja: to nas naprawdę nie pociesza.
Jakoś trzeba było ten dzień przeżyć. Stara, dobra kawa grzybna z grzybomatu... Gdyby nie ona, jak wyglądałby świat?
1 czerwca. Informatyka. Zaliczenie. Mgr Ch. miał pytać. I pytał. Justynę - gdzie jedzie na wakacje, a mnie - gdzie chodziłam do szkoły.

2 Comments:

Anonymous Anonymous said...

hehe sama prawda. i podana w jakze zabawny sposób ;) pozdroffka

9:28 PM  
Blogger alchemik said...

cześć Asiu :) czekam z niecierpliwością na Twoje zapiski

11:02 PM  

Post a Comment

<< Home